Szpitale

Szpital Inflancka - proszę o opinie i pomoc !:)

Linusia

Linusia

Witam , mam takie małe nurtujące moje myśli od paru dni pytanie , otóż czy jeśli moją ciążę prowadzę na Wołoskiej w Warszawie a rodzić chcę na Inflanckiej , istnieje możliwość że zostanę odesłana z tzw kwitkiem ponieważ nie prowadziłam tam ciąży? . Może pytanie wręcz banalne, ale nie dające mi spokoju. Proszę o opinię i uspokojenie mojej głowy ! :)

35965 linusia Kobieta, 29 lat, polska

Odpowiedzi znajdują się poniżej

~Eljotynka

~Eljotynka

Hej!
Rodziłam dwa razy na Inflanckiej, za każdym razem prowadziłam ciążę w przychodni osiedlowej i nie było najmniejszego problemu. Oni z zasady nie odsyłają pacjentek.
Tak więc śmiało możesz do nich jechać gdy nadejdzie czas :)

~Arek12

~Arek12

Oni z tego Twojego pobytu mają dobrą kasę-więc bez obaw,że Cię odeślą !

malyszok

malyszok

Ja też chciałabym rodzić na Inflanckiej. U nich nawet na stronie internetowej jest napisane, że nie odsyłają ŻADNEJ rodzącej, więc bez obaw:) Dziewczyny, mam pytanie, czy trzeba tam jakoś wcześniej się wybrać i się zapisać? na razie jeszcze nie wiadomo, ale najprawdopodobniej ze względu na problemy z oczami będę miała cesarkę. Więc nie wiem, jak to jest w takich przypadkach, czy jakiś czas przed porodem zgłosić się do nich w celu ustalenia terminu?

--

http://www.suwaczki.com/tickers/16uddqk3b79vhbq0.png

38373 malyszok Kobieta, 37 lat, Warszawa
WielkiZnakZapytania

WielkiZnakZapytania

Hej dziewczyny , ja mieszkam 100km od Wawy i bywam co jakis czas owszem lekarze itd. ale chciałabym właśnie rodzić tam na Inflanckiej lecz to zależeć już będzie od tego jak akcja porodowa się pocznie i czy dam radę dojechać, bo to 2 godz jazdy jednak a u mnie się boję jak nie wiem co...

--

http://www.suwaczki.com/tickers/km5stv73cnsxwwu0.png

35865 wielkiznakzapytania Kobieta, 25 lat, Węgrów
aria_2004

aria_2004

Odnośnie Szpitala na Inflanckiej, miała z nimi do czynienia przy 2 ciążach i zdecydowanie nie polecam.
Pierwszą ciążę (2010r.) prowadziłam prywatnie u dr R., jednej z cenionych lekarek z oddziału. I tylko magiczny wpływ pani doktor zdołał położyć mnie na patologię po terminie, jak również doprowadzić do wywołania porodu za pomocą oksytocyny w 8mym dniu po terminie. Dziewczyny, które nie miały „swojego” lekarza na oddziale, były trzymane nawet i do kilkunastu dni po terminie, chyba w nadziei, że się u nich wreszcie samo zacznie...
W naszym przypadku nawet te 8 dni okazało się za długo- był to 42 t.c., córce skończyły się wody, zaczęło jej ostro spadać tętno. Niestety, na dyżurze był akurat dr P., cieszący się fatalną opinią. Zamiast podejść i zainteresować się spadającym ostro tętnem dziecka, doktor ruszył do wypełniania papierów, tj. książeczki zdrowia itd. Dopiero szybka i ostra reakcja położnej, pani K., (w postaci-dosłownie- huknięcia na doktora), ustawiła go na tyle do pionu, że przyleciał wyciskać mi córkę za pomocą przedramienia. Pani położnej jesteśmy niepomiernie wdzięczni za interwencję. Doktorowi zdecydowanie mniej, szczególnie że nacięte krocze po jego szyciu leczyłam 3 miesiące. Podobno standard u tego pana...
Dla córci efektem porodu było niedotlenienie oraz wielki krwiak podokostnowy. O krwiaku oraz asymetrii komór mózgu pediatra raczyła poinformować mnie dopiero 2 dni po porodzie. Była to dla mnie ostatnia kropla przepełniająca czarę i przepłakałam na korytarzu chyba godzinę. Efekt skumulowany rozgoryczenia, zmęczenia i braku jakiegokolwiek wsparcia- o tym za chwilę, a wszyscy lekarze zdziwieeeni, czemu pacjentka ryczy, jak jeden mąż usprawiedliwiający to „hormonami”.
Warunki na oddziale koszmarne (nie wiem, jak jest teraz, po remoncie), jedna łazienka na cały korytarz, ciasne 4-osobowe sale- gdy któraś z nas musiała wyjechać z dzieckiem na badania, pozostałe też wypychały kuwetki z maluchami na korytarz, żeby mogła przejść. Położne raczej mało pomocne, zero życzliwości- pacjentki, które były na sali dłużej, informowały „nowe”, gdzie znaleźć podkłady poporodowe, gdzie iść po jedzenie dla dziecka, itd.
Ponieważ z racji ciężkiego porodu córka została zabrana na obserwację i zwrócona dopiero nad ranem, obudziła się dopiero po południu i przyszedł czas na pierwsze karmienie.... W szkole rodzenia panie położne radośnie zapewniały nas, że wystarczy „przystawić i samo pójdzie”. W praktyce położne z oddziału natychmiast kazały przywieźć butelkę i latać do nich po mleko. Dziecię odrywało się od cyca nienajedzone, a ryczało równo całe dnie i noce z maleńkimi przerwami. Próbowałam się doprosić o poradę laktacyjną, przybiegła na minutę położna, pokazała mi, jak przystawić. Następnie dyżur zaczęła inna, stwierdziła, że źle i ona mi pokaże swoją metodą. Podstawą świetnej metody było posadzenie matki po nacięciu krocza na brzegu łóżka, ze spuszczonymi nogami. Jako że przesiedziałam w tej pozycji ¾ nocy, przeraziłam lekarki z porannego dyżuru kosmicznie opuchniętymi nogami. Szwy już zaczynały po trochu się rozchodzić, w czym tydzień później wydatnie pomogła im „terapia” zalecona przez szefa przychodni, doktora K.- otóż kazał mi przykładać sobie kompresy z soli fizjologicznej. Reasumując: szwy rozjechały się do końca, leczyłam się 3 miesiące, wydałam kupę kasy na prywatne wizyty i leki, mając w domu maleństwo!

Co do córci, na szczęście obeszło się bez dramatycznych skutków porodu. Niestety przez pierwsze 2 miesiące płakała non stop dniami i nocami (nie przesadzam- nawet gdy usnęła, co chwilę wybudzała się z płaczem, my chodziliśmy jak zombie). Lekarze nie mogli znaleźć przyczyny, faszerowaliśmy małą kroplami na kolki itd., bez efektu. Dopiero zagraniczny pediatra wyjaśnił nam, że często tak reagują dzieci po cięższych porodach i jedynym lekarstwem jest czas. Na dzień dzisiejszy nie wiemy, czy nerwowość córki i bruksizm można powiązać z kiepskim startem...

Rok 2014. Wreszcie wymarzona druga ciąża- bo o rodzeństwo dla córci staraliśmy się baaardzo długo bez żadnej stwierdzonej przyczyny. Moje zaniepokojenie w połowie 6tc. wzbudziło za wysokie TSH – postanowiłam je zbadać przy okazji betaHCG, szczególnie że miałam zapalenie tarczycy 11 lat wcześniej.
No i znów wybrałam Inflancką... chyba skusił mnie pięknie odremontowany budynek. Szkoda tylko, że to jedynie fasada, a ludzie w środku i ich podejście pozostali ci sami...
Nieco zdziwił mnie fakt, że obecnie w poradni na Inflanckiej ciąże prowadzą lekarze nie z oddziału, ale z zewnątrz. Udało mi się dostać na wizytę do dr G. (z 6 dostępnych do wyboru troje ma fatalne opinie w necie, pozostali nie mają żadnych). Ku memu zdziwieniu pani doktor w ogóle nie podjęła tematu bardzo wysokiego TSH (mimo że przedstawiłam jej 2 wyniki z kolejnych dni). Uparła się natomiast zrobić mi usg (mimo że był to bardzo wczesny etap ciąży, a sprzęt w przychodni nie jest najwyższej klasy). Pani doktor (ku memu przerażeniu) stwierdziła, że nigdzie nie widzi zarodka, że to przypuszczalnie ciąża pozamaciczna i dała skierowanie na Izbę Przyjęć.
Przełożona położnych, pani Z., widząc treść skierowania, zabrała mi kartę ciąży, mrucząc pod nosem o aborcji!!! Dodam, że przy kolejnej „ciążowej” wizycie karta się oczywiście nie odnalazła, na pewno została zniszczona.
Na Izbie Przyjęć odsiedziałam 4 godziny w maksymalnych stresie i arktycznym chłodzie (nie wiedzieć czemu panie położne zawsze nastawiają na korytarzu klimę na max). Po usg doktor K. stwierdził, że on nic złego nie widzi, dziwił się, że koleżanka przysłała mu pacjentkę ledwie w 6tc., niezgłaszającą żadnych dolegliwości, świadczących o ciąży pozamacicznej. Dla pewności usg zrobiła mi jeszcze dr F. na oddziale. Przez następny tydzień co kilka dni przyjeżdżałam na kontrolne usg, wszystko było ok. Niestety następnie pojawiło się plamienie w wyniku pęknięcia krwiaka podkosmówkowego. Przez miesiąc leżałam w domu, jeszcze dłużej byłam na lekach podtrzymujących ciążę. Ogólnie kupa strachu, ale ciąża się utrzymała.
Tu kilka słów o doktorze K. Jest moim jedynym dobrym wspomnieniem z Inflanckiej. Prawdziwy lekarz z powołania, zajmował się mną tak jakbym była jego żoną/matką/siostrą, za co jestem mu głęboko wdzięczna. Pełen poświęcenia i empatii - choć jak sam przyznaje- gdy jest przemęczony, to też bywa mniej miły.
Następnie postanowiłam przenieść ciążę pod opiekę dr M. Zważywszy moje wcześniejsze doświadczenia z dr G., raczej nie należy mi się dziwić, że nie chciałam co miesiąc przechodzić stresów z powodu kolejnych fantazji pani doktor.
Początkowo moje wrażenia z wizyt u dr M. był pozytywne. Do poważnego zgrzytu doszło, kiedy poprosiłam ją o wypełnienie mi druku N-9 do ZUSu (standardowe zaświadczenie o stanie zdrowia). Jako że w wyniku baaardzo długich starań o dziecko wpadłam w depresję, spędziłam 180 dni na zwolnieniu, a następnie przyznano mi świadczenie rehabilitacyjne na 90 dni. W trakcie tego okresu zaszłam w upragnioną ciążę, a że już na samym początku wystąpiło jej zagrożenie – a wkrótce potem okazało się, że to będą bliźniaki! – ZUS stwierdził, że powinnam się ubiegać o przedłużenie świadczenia do dnia porodu. Jedynym warunkiem było przedstawienie właśnie tego zaświadczenia. Wówczas pani doktor stwierdziła, że uważa, że N-9 powinien wypełnić mi lekarz, który wypełniał mi pierwsze zaświadczenie (czyli gdy ktoś zachowuje na dżumę, leczenie dobiegnie końca, a wówczas zachoruje na cholerę, to zaświadczenie powinien wydać lekarz od dżumy??? Nielogiczne i wbrew przepisom, co próbowałam pani doktor wytłumaczyć- do ZUSu po informacje dzwoniła zarówno szefowa kadr mojej firmy, jak i ja sama). Następnie umówiłyśmy się, że po wypełnione zaświadczenie zajrzę za tydzień. Po tygodniu skontaktowałam się z dr M. telefonicznie- ku memu zdziwieniu stwierdziła, że zaświadczenia nie wypełni, że łaskawie może dalej dawać mi zwolnienia. Ostatecznie uprosiłam ją, żeby wypisała kilka zdań o tym, że jestem w ciąży i to bliźniaczej, na jakimkolwiek druku. Wydawało mi się, że uzgodniłyśmy, iż pani doktor zostawi mi wszystkie dokumenty u położnych. Gdy podjechałam do szpitala, okazało się, że zaświadczenia brak. Sądząc (z czystej naiwności, jak się okazało), że być może doktor zapomniała/nie miała czasu wystawić tego papierka, postanowiłam podjechać do drugiego szpitala, gdzie pracuje. Zależało mi bardzo na czasie, minęło 1,5 tygodnia od naszej pierwszej rozmowy, a wiadomo że ZUS czekać nie lubi.
Pani doktor objechała mnie pod drzwiami pokoju lekarskiego, twierdząc że ją nachodzę, zawracam głowę zbyt częstym nagabywaniem osobistym i telefonicznym (aż 2 razy w ciągu niemal 2 tygodni w sprawie 1 świstka!), że mam kontaktować się z nią jedynie na Inflanckiej i to jedynie w wyznaczonych terminach wizyt (ośmieliłam się przyjść o prosić o zaświadczenie w innym dniu!). Moje rozgoryczenie doszło do takich granic, że usiadłam piętro niżej w szpitalu i się zwyczajnie poryczałam. Następnie były wymioty z nerwów.
Jako że pani doktor akurat schodziła po schodach, widziała mnie płaczącą i zapewne już wówczas uznała, że czas pozbyć się niewygodnej, „psychicznej” pacjentki. Na kolejnej wizycie łaskawie (czyli po niemal 3 tygodniach) wypisała mi ze 4 zdania na zwykłej kartce papieru (nawet bez pieczątki poradni), jednocześnie stwierdzając, że nasza współpraca nie układa się dobrze i ona daje mi skierowanie do poradni patologii ciąży (idealnym pretekstem do tego okazało się moje skaczące TSH).
Po powrocie do domu ze zdumieniem przeczytałam, że moja ciąża ma przebieg fizjologiczny (!) Wynikało z tego, że wszystko przebiega w normie ( mimo że dostałam skierowanie do patologa ciąży), a zwolnienia lekarskie dostawałam chyba na ładne oczy.
Reasumując: z dnia na dzień zostałam pozostawiona sama sobie- w ciąży bliźniaczej z powikłaniami, bez lekarza prowadzącego, bez zwolnienia- bo oczywiście pani doktor nie wystawiła mi nawet kilkudniowego, tak abym miała jakąkolwiek szansę znaleźć nowego lekarza i przejść pod jego opiekę.
Nie muszę tu chyba pisać, jaki był stan moich nerwów. Znerwicowana, kolejnego dnia pojechałam do IMiD na Kasprzaka, gdzie na szczęście natychmiast trafiłam pod opiekę wspaniałej doktor H. Powiedziałam jej cała prawdę o tym, jak zostałam potraktowana na Inflanckiej i że w zasadzie to chyba mam wracać do pracy. Pani doktor złapała się za głowę, szybko zleciła zaległe (jej zdaniem, powinny być już dawno wykonane) badania, zaordynowała częstsze wizyty i usg, a następnie stwierdziła, że ona nie widzi problemu z wystawieniem N-9, bo przecież sytuacja jest jasna. Dodam, że dr M. z Inflanckiej nie raczyła przekazać mojej dokumentacji medycznej wraz ze skierowaniem, stąd dr. H. musiała odtworzyć ją jedynie na podstawie moich słów i posiadanych przeze mnie dokumentów, m.in. z Izby Przyjęć na Inflanckiej.
Po uzyskaniu N-9, pojechałam do ZUSu. Urzędniczka przyjmująca dokumenty stwierdziła (patrząc na opóźnienie), że takie zachowanie lekarki z Inflanckiej jest dla niej „chore i nienormalne”. Czy wynikało z małego doświadczenia, czy z ogólnego braku empatii i życzliwości, nie wiem. Współczuję pacjentkom pani doktor, aż strach pomyśleć, jaka będzie za 20-30 lat, jako lekarz i jako człowiek.
Cieszę się, że trafiłam pod opiekę innego lekarza i szpitala. Szczególnie, że jest to doświadczona doktor, pracująca na oddziale na codzień i wiem, że nie odmówi mi swojego czasu również „poza wyznaczonymi terminami wizyt”. Sama zachęcała mnie, bym w razie potrzeby natychmiast przyjeżdżała. Inne jest również podejście personelu- wszystkie panie położne uśmiechnięte, życzliwe, umieją pożartować. I myślę, że ja i moje maleństwa znajdziemy tu troskliwą opiekę.

--

16241 aria-2004 Kobieta, 37 lat, Warszawa
~Emajko

~Emajko

Nikomu nie polecam tego szpitala! Rodziłam rok temu, a do tej pory mam traumę po tym jak mnie tam potraktowano. Oczywiście szpital nie odsyła tylko w przypadku braku miejsc przeganiają z sali do sali będąc 4 dni w szpitalu zaliczyłam wszystkie oddziały na każdym po jednej sali właśnie z wyniku braku miejsc. Poród zero pomocy ze strony położnej musiał mój maż prosić żeby ktoś przyszedł, pomógł ... Po porodzie poprosiłam żeby położna pomogła przystawić dziecko do piersi usłyszałam, ze trzeba sobie radzić samej... I tak do końca mojego pobytu, obchody lekarskie na odwal się. Na sali leżałam z dziewczyną, która miała opłaconą położną i przez cały czas ktoś do niej przychodził i to juz po porodzie ze może lodu , tabletki więc ewidentnie jeśli chcesz mieć godny poród trzeba dać w łapę...

~mąż rodzącej

~mąż rodzącej

Zdecydowanie nie polecam tego szpitala. Poza pięknymi salami (owszem sale porodowe dość duże, z wanną, piłką, toaletą, wyremontowane) poziom opieki niemalże zerowy. Podczas porodu położna sporadycznie się pojawiała - raz na pół godziny włączyć/wyłączyć zapis KTG i na prośbę żony podpowiedzieć a to wannę a to piłkę. W czasie porodu, mimo prośby o ochronę krocza, ochrony praktycznie nie było. Kazała cały czas przeć, bez jakiejkolwiek próby ochrony - byle szybko skończyć i mieć spokój z pacjentką. Po porodzie dziecko podała do piersi tak niedbale, że nie chwyciło jak trzeba i żona ma poranione piersi. Na prośbę aby sprawdziła czy dobrze przyłożone i ssie odpowiedziała, że to niej obowiązek i ma inną rodzącą. Dodam, że to pierwsza ciąża i żona ma prawo nie wiedzieć, pomijając kwestie bycia półprzytomnym po samym porodzie.
Opieka na oddziale poporodowym, też pozostawia wiele do życzenia.
Podsumowując, zdecydowanie odradzam. Więcej tam nie wrócimy.

~aga164

~aga164

Zglosilam sie do tego szpitala 5 dni po wyznaczonym terminie porodu.Nic sie nie dzialo,zadnych skurczow,czulam sie bez zmian-czyli dobrze....jednak termin porodu juz minal wiec chcialam sprawdzic czy wszystko z Mala jest ok i liczylam na jakies dzialania ze strony szpitala.Pojechalam z mezem rano...kobiet oczekujacych na przyjecie bylo sporo,jednak postanowilismy ze czekamy bo chcemy zostac przyjeci i zbadani.Po jakis 2 godz wyszla polozna i pytala kazdej z kobiet oczekujacych co ja sprowadza.Mnie tez o to zapytala.Kiedy odpowiedzialam,zapytala czy mam skurcze,czy plamie,czy czuje ruchy dziecka...gdy odpowiedzialam ze czuje sie dobrze,skierowala mnie do przychodni obok abym wykonala ktg bo tam bedzie szybciej niz u nich.Gdyby cos bylo "nie tak"mialam wrocic z wynikami.Udalam sie zatem na to ktg w przychodni,przyjeli mnie z marszu.Po ktg zostalam przyjeta przez pana doktora,ktory po zapoznaniu sie z zapisem stwierdzil ze wszystko jest w porzadku i zebym zapisala sie na kolejne ktg za tydzien....czyli 12 dni po terminie porodu.Wmurowalo mnie.Wrocilam na izbe przyjec i pokazalam wynik w/w pani poloznej,ktora stwierdzila ze jesli sama chce to moge sie polozyc u nich na oddzial ale bede tam tylko lezala i jedyny plus ze czesciej beda robili mi ktg a ze ten czas lepiej chyba spedzic we wlasnym domu...nie jestem osoba panikujaca i za wszelka cene pchajaca sie do szpitala dlatego postanowilam wrocic do domu.Ale uwazam ze zostalam troche "olana"przez personel.Bylam pierworodka wiec uwazam ze to personel powinien zadecydowac o pozostawieniu mnie na oddziale i podjeciu jakis dzialan a nie pytac mnie o zdanie,z lekka jednak sugestia na powrot do domu.Teraz juz wiem ze przy przenoszonej ciazy kazda godzina moze zawazyc na szczesliwym rozwiazaniu.Zglosilam sie do szpitala na Kasprzaka,zrobiono mi ktg i przyjeto od razu bo Malej zaczynalo zanikac tetno....personel IMIDZ byl zdziwiony ze Inflancka nie zostawila mnie na oddziale.Owszem,moze i ja powinnam sama chciec kiedy polozna mnie o to pytala,ale jak wspomnialam wczesniej,czulam sie bardzo dobrze+dobry wynik ktg+niedoswiadczenie pierworodki i niewiedza z zagrozenia jakie moze wystapic w kazdej chwili.Lekarze i polozne powinni o tym wiedziec najlepiej i otoczyc opieka kobiete,ktora sie do nich zglasza.