Skocz do zawartości
Forum

Aniołkowa Mamusia

Użytkownik
  • Postów

    135
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Aniołkowa Mamusia

  1. Droga Jolu. Ja 3 października br. urodziłam martwego synka w 22 tygodniu ciąży. Było to moje pierwsze dziecko, długo oczekiwane, upragnione i wywalczone dzięki in vitro. Do dnia dzisiejszego nie pozbierałam się po stracie synka i też żyje tylko dlatego, że mąż trzyma mnie przy życiu. Razem z moim synkiem umarła ogromna część mnie. W sercu została ogromna dziura, której nic nie zapełni. To co czuję nie da się opisać słowami, jest to ogromny ból i pustka. Ten ból zostanie do końca życia. Z czasem jedynie przyzwyczaiłam się do życia z bólem serca. Codziennie jestem na cmentarzu, codziennie myślę o Kacperku, codziennie z Nim rozmawiam. Teraz boli mocniej bo na 5 lutego miałam termin porodu. Czas radosnego oczekiwania jest czasem smutku, żalu i ogromnego bólu. Do pracy na razie nie wracam. Daję sobie czas by na dobre oswoić się z bólem i zebrać siły na kontakt z ludźmi. Nie mogłam w nocy spać, w dzień wszystko mnie denerwowało. Ale po lekach od psychiatry w koncu przesypiam większość nocy a w dzień jestem trochę spokojniejsza wewnetrznie, już mnie nie "telepie". Denerwuje mnie głupie gadanie bliskich czy dalszych znajomych że jestem jeszcze młoda, że jeszcze będę mieć dzieci - ja chciałam tego dziecka. W pracy zazdroszczą mi urlopu a ja wolałabym pracować byle moje dziecko żyło. Do szału doprowadzają mnie słowa, że będzie dobrze, że już minęło tyle czasu to pora się pozbierać, a po co tak codziennie na cmentarz, a po co tyle świeczek, a przecież to Aniołek to nie potrzebuje... Trzeba żyć dalej itp. Moja matka powiedziała że jak my byliśmy mali to im też było ciężko... Zabolało, że śmierć dziecka porównuje do ciężkich czasów. Niektórzy każą mi wyciągać wnioski, że po coś się to stało... Niby czego ma mnie nauczyć śmierć dziecka? Niby po co musiało umrzeć? Nie romumiem jak mogą tak bezmyślnie ranić mnie w imię pocieszenia... Już nie mówiąc o tym że każdy milknie jak tylko wspomnę coś o tym jak byłam w ciąży albo powiem coś o Kacperku. Tak jakby to był temat tabu. Albo jakby Go w ogóle nie było. Wkurza mnie to bardzo. Często płaczę, jest mi smutno i ogarnia mnie złość na cały świat za to że odebrał mi synka. Chodzę na terapię i jedyne co, to pomaga mi to przejść przez kolejne etapy żałoby. Wiem, że mam prawo mieć takie emocje i różne myśli i jest to naturalne mimo że ludzie dookoła mówią że już czas żyć normalnie. To nie prawda. Każdy potrzebuje przeżyć żałobę po swojemu i w swoim tempie i innym nic do tego. Poza tym już nigdy nic nie będzie takie jak kiedyś, już nigdy życie nie będzie normalne... Tęsknota za dzieckiem zawsze będzie, dziury w sercu nic nie załata, pustki nic nie wypełni a ból zawsze będzie- tylko z czasem nauczymy się z nim żyć. Jolu mocno Ciebie przytulam. Gdybyś chciała pogadać to pisz na priv.
  2. Przykro mi... wiem ile to znaczy przytulić chociaż raz swoje dziecko.. Ale Twoja córeczka przez całą ciążę czuła jak Ją tulisz w brzuszku, jak bardzo Ją kochacie... A teraz z góry patrzy i zlatuje by dać Wam całusa, otulić skrzydełkami, dodać otuchy.. Wierzę w to, że Nasze Aniołki czuwają nad nami i dodają otuchy kiedy najbardziej tego potrzebujemy... są w promieniach słońca, wietrze, śpiewie ptaków, migających gwiazdach...
  3. Ta pustka jest straszna... tak bardzo boli... nie mam siły żyć... tak jakbym z synkiem straciła życie.. nie potrafię żyć... Ja też nie byłam przekonana co do terminacji ciąży. To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Ale mój synek nie miał najmniejszych szans by przeżyć. Im dłużej bym go nosiła tym bardziej by cierpiał. Macica z dnia na dzień go przyduszała. Nie chciałam by umierał powoli w cierpieniu. Zresztą żadna decyzja nie była by dobra. I tak boli... Wciąż mam przed oczami jego śliczną buzię, z tą rączką przy policzku i ten spokojny uśmiech... Jestem wdzięczna losowi że mogłam go choć raz przez te 30 minut utulić w ramionach... moje pierwsze długo oczekiwane i wywalczone dziecko.. To był nasz mały cud... i nie mogę się pogodzić z tym że nie dane mu było żyć...
  4. aniolkowamama2 czy udało się znaleźć przyczynę śmierci córeczki? My zabezpieczyliśmy materiał do badań genetycznych, ale na razie czekam na wyniki ze szpitala. Lekarz genetyk wstępnie powiedział, że trudno jednoznacznie stwierdzić co było przyczyną choroby, że chyba jakiś gen zły był, że nie wie czy kolejne dziecko to będzie miało i być może nawet szczegółowe badania genetyczne nie dadzą na to odpowiedzi.
  5. Codziennie chodzę na grób synka, codziennie płaczę... Tak bardzo chciałbym żeby był... tak bardzo za Nim tęsknię... Na razie nie chcę nawet myśleć o kolejnej ciąży, bo będzie ona przepełniona strachem, że znów stracę ukochane dziecko... Tęsknię Kacperku Aniołku mój Kochany
  6. Z wielkim smutkiem, żalem i bólem dołączam do grona Aniołkowych Mam. W dniu swoich 34 urodzin na badaniach połówkowych w 22 tygodniu ciąży dowiedziałam się, że moje dziecko ,,Bąbelek" bo tak mówiliśmy z mężem do Naszego Maleństwa - nie ma szans na przeżycie, że umiera i cierpi. Podczas badania okazało się że nie ma w ogóle wód płodowych, że dzieciątko nie ma nerek, pęcherza, chore serduszko... szok, bo wcześniej rozwijał się książkowo. Owszem było podejrzenie, że ma chory kręgosłup ale nie martwiliśmy się tym za bardzo. Lekarz poinformował mnie, że są dwa wyjścia: w szpitalu wywołają poród albo poczekam aż dziecko samo się urodzi ale przez ten czas będzie cierpiało w moim brzuchu. Z bólem serca zdecydowałam się na poród. Niestety musiał być to poród naturalny. Moja pierwsza tak długo utrzymana ciąża ( kilka miesięcy wcześniej straciłam dwa Aniołki na początku ciąży), upragnione szczęście i tak brutalnie została przerwana. Nie chciałam żeby Bąbelek cierpiał. Rodziłam Go w bólach przez 6 godzin. Ale jak tylko zobaczyłam Naszego synka od razu zapomniałam o bólu. Kacperek urodził się 3.10.2017 r. martwy, już nie cierpiał. Był taki malutki, miał może 20 cm i ważył 414 gram. Urodził się z rączką przy policzku i z takim delikatnym uśmiechem, taki spokój bił z jego buzi. Mąż był przy mnie cały czas. Pozwolono nam go zobaczyć, przytulić. Po wyjściu ze szpitala działałam w szoku, załatwialiśmy formalności w urzędzie, potem w zakładzie pogrzebowym i u księdza. Sami ubraliśmy naszego maluszka do trumienki. Pierwszy szok minął, mąż wrócił do pracy a do mnie dopiero dociera co się stało, że nie mam już pod sercem mojej miłości. Tak bardzo mi Go brakuje, tych wygibasów w brzuchu, zawsze wieczorami urządzał sobie w brzuch imprezę pod tytułem wyginam śmiało ciało. Tyle radości nam tym sprawiał. A teraz taka pustka została... i rozdzierający serce ból...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...