Skocz do zawartości
Forum
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

kropka1981

Użytkownik
  • Zawartość

    0
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Reputacja

0 Neutralna

Personal Information

  • Płeć
    Kobieta
  • Miasto
    Sochaczew
  1. Dzień dobry. Od siedmiu lat jestem w związku, od pół roku w małżeństwie i mamy trzyletniego synka. wiadomo jak to w życiu bywa - sinusoida w związku, ale tak która wydaje się być normalna, bo przecież nigdy nie jest idealnie. Problem tak na prawdę zaczął się jakies dwa i półroku temu. Niewinie. W nasze zycie po urodzeniu synka "wkroczyła" bezpretensjonalnie moja obecna teściowa, odwiedzając nas z doskoku, bez uprzedzeń wręcz regularnie codziennie w godzinach wieczornych, kiedy mały zazwyczaj zasypiał. Oczywiście chcac nie chcąc budzila go co skutkowało 2,5-3 godzinnym płaczem. Oczywiście wiedziała wszystko lepiej i każde zdanie, nawet lekarskie diagnozy podważała. Zaczęłam się buntować, mówić nie, w środku się gotowałam. Mój mąż oczywiście nie widział problemu, mimo, że go informowałam, rozmawiałam, zwracałam uwagę, ze nie dam rady znieść kolejnych głupich uwag jego mamy i jej ciągłych wizyt z zaskoku (bo mimo, że dziecko miało 3-4 miesiące uważałam, że mam prawo do godziny chociaż dla siebie kiedy mały spi). moje rozdrażnienie w związku z tym urosło do mega rozmiarów, bo nie mogłam w kwestii zwrócenia uwagi teściowej liczyc na obecnego męża. Jak nie przychodziła, to dzwoniła ZAWSZE o tej samej porze o 20:00 kiedy wszyscy do okoła wiedzieli, że miedzy 20:00 a 21:00 nie odbieramy telefonów ponieważ kapiemy karmimy i usypiamy małego. moja frustracja się nasilała - mogłam wyłączyć telefony ale nie chciałam, bo za pięć minut miałabym ją na karku osobiście. Mąż bardzo często wyjeżdżał. Nie tyle służbowo - te wyjazdy nie były dla mnie problemem - ale by realizowac swoje hobby. Owszem przy dziecku bardzo dużo pomagłam i nadal pomaga, ale bolały mnie te wyjazdy o tyle, ze kiedy rozpoczynał sie sezon potrafiło go nie być w każdy cały weekend przez 5-6 miesięcy. zaczęłam się buntować, ponieważ nie wróciłam do pracy po macierzyńskim ze wzgledu na stan zdrowia małego i nawet nie miałam szans na jakakolwiek rozrywke poza domem. A on wracał usmiechniety, zadowolony opowiadał gdzie był co widział itd. Dziecko rosło a im większe dziecko tym więcej obowiązków. więc mąż mój zaczął po pracy wracając mówić najpierw żartem, że już wrócił do domu na drugi etat, potem zaczęło to sie robic złosliwe przytykanie, ponieważ monotonnie słysze już to od jakiś 2 lat. Ponieważ mój mąż jest nienagannym czyściochem, to niestety wszystko to co nadprogramowo leżało na podłodze - w postaci zabawek drażniło go. Poza tym jego zdaniem było brudno - jak wiadomo przy dziecku nie da się mieć sterylnego mieszkania. posypały sie pretensje pod moim adresem, ze nic w domu nie robię. kolejna "warstwa" złości, zalu i buntu w moim serduchu. rozmowy, że nie da się przy małym dziecku zrobić wszystkiego idealnie nie pomagały (a ja głupia latałam dwa razy dziennie z odkurzaczem, żeby nie było okruchów.) . Po jakimś czasie, teściowa znowu się uaktywniła na zasadzie wytykania mi, ze mały je za mało, za mało waży, że o niego nie dbam. Moja frustracja siegała juz prawie zenitu. wiec, żeby zamknac jej buzie - mówiąc bardzo brzydko - wzięłam ją na dwie wizyty kontrolne do dwóch róznych lekarzy ze sobą. Każdy jeden powiedział, że dziecko rozwija się prawidłowo, przybiera na wadze prawidłowo, po prostu jest filigranowej budowy. Oczywiście zdanie dwojga pediatrów zostało przez nią podwazone. nie przjmowałabym się tym gdyby nie fakt, ze zaczęła te wymyslone farmazony opowiadać swoim znajomym, a co gorsza mój obecny mąż przybrał jej taktykę. poczuł;am się sama jak palec bez zadnego wsparcia, walcząca z wiatrakami i ludzką złośliwoscią. doszło do tego, ze idąc na zakupy spotykałam jej znajomych tzw "przyjaciól rodziny", którzy mówili, ze podobno ograniczamy babci dostęp do dziecka. kolejna wierutna bzdura która dolała oliwy do ognia. Mój maż oczywiście nic w tym kierunku nie zrobił, żeby ukrócic takie poczynania swojej mamy. kolejny psztyczek w moje uczucia. Mały zaczął chorować. Zaczęły sie kolejne schody, nieprzespane noce, kłótnie o byle co. Trwało to do ukonczenia synka 2 lat. on mnie obwiniał o to, ze dziecko choruje, ze on po pracy musi sie zajmowac jeszcze domem i sprzątaniem (nikt mu nie kazała, nie prosił i nie było takiej potrzeby - to przez jego pedantyzm), że ja sie alienuje od dziecka (bo chcę mieć JEDNA godzinę dziennie dla samej siebie, bo też jestem zmęczona). masę nocy przepłakałam z uczuciem nisprawiedliwości i osamotnienia. zaczęłam podejmowac próy rozmowy, wyjasnienia, porozmawiania o zwiazku - do niczego to nie doprowadziło. oddalilismy sie trtaszliwie od siebie. Bo tylko ja chciałam porozumienia i ja wyciągałam zawsze reke na zgodę i porozumoienie. Czasami rozmowa pomoagała dosłownie na 24 godziny a potem wszystko wracało do stanu dnia poprzedniego. Mijał kolejny rok. W takiej samej atmosferze. Mały na szczęscie wyzdrowiał, poszedł od września do przedszkola. więc postanowiłam wrócić do pracy. Ponieważ mąż zaczął naciskać, że finansowo byłoby dla nas najlepiej gdybym jednak poszła do pracy. poszłam. Do pierwszej lepszej, zeby chociaż troche grosza zarobić na przedszkole i na małego. Zaczęły się znowu pretensje, ze nic w domu nie jest zrobione - pracowałam 8 godzin do tego 3 godziny zajmował mi dojazd i powrót wiec nie było mnie tak na prawdę 11 godzin. Świątek piatek czy niedziela. miałam umowę tylko na 1,5 miesiaca więc i tak wiedziałam ,ze docelowo nie będę pracowała w tym miejscu. znowu zabolało, bo w koncu "on ma zyczenie" żebym pracowała a jednocześnie ma o to pretensje. Próby rozmowy na ten temat - spełzły na niczym, poniewaz jego zdaniem nic sie złego nie dzieje. znalażlam więc pracę bliżej domu, za lepsze peniadze i udałam się zanieść dokumenty. poniewaz brakowało jednego poprosiłam męża, żeby podrzucił. podrzucił. okazało się ze mój pracodawca jest jego znajomym. zostałam przyjeta do pracy. niestety mój mąż czuje sie ojcem kolejnego mojego sukcesu, ponieważ ubzdurał sobie, że zostałam przyjeta ze względu na jego znajomości - co jest totalna bzdurą, ponieważ nie było kandydatów z kwalifikacjami jakie akurat posiadam a które były WARUNKIEM przyjęcia. Mąż teraz ma pretensje do mnie, że już "WSZYSTKO" musi robić w domu: odbierać i zawozic dziecko do przedszkola (ja wychodze o 6 z domu a przedszkole jest od 7:00), ze sprząta w domu, zajmuje się małym (mały zwyczajnie lgnie do niego, bo przez 6 miesięcy w roku prawie go nie widuje w soboty i niedziele - a mnie ma codziennie), że ja mam do niego ciągle pretensje (a ja mam tylko pretensje tylko o głupie i niebezpieczne zabawy typu podrzucanie do góry, kopanie piłki w mieszkaniu, ogladaniui przy dziecku ogłupiajacych programów w tv, o to ze na niego krzyczy bo np koloruje obrazek jednym kolorem albo że się skaleczy pod jego opiekunczym okiem, albo krzyczy bo dziecko sie upaćka jedzonkiem, że ja mam pretensje bo podważa moje zdanie przy dziecku albo szepcze mu do ucha teksty typu "nie zwracaj uwagi, bo mamusia jest zdenerwowana" "uciekajmy bo mama będzie zaraz biła" itd), I - no własnie - te teksty typu "mama będzie zaraz biła" wzięły sie stąd, że kiedyś jam mały mnie uderzył dostał po rączkach. RAZ. JEDYNY RAZ mój mąż oczywiscie niewiedzieć czemu utwierdził sie w wyssanym z palca przekoaniu że ja dziecko biję. Tłumaczyłam, że nie rozmawia się przy dziecku o takich sprawach, ze nie wpaja mu się takich rzeczy bo robi mu się tyum krzywdę, prosiłam, zeby tego nie robił. Zero rezultatu. jego zdaniem on jest głupiutki i niczego nie rozumie (tego komentować nie muszę.) Non stop podważane jest moje zdanie przy synku. Ja mówie nie - tata mówi tak. Ignaś ma teraz okres buntu - no i podobno ja jestem temu winna. Czuję sie nikim, niepotrzebna, nieszanowana, osamotniona, co ja mam z tym zrobić? Powiedziałam mu, ze może byśmy poszli do psychologa porozmawiali razem. zgodził sie ALE powiedziął, że potraktuje to jako ciekawostke przyrodniczą a to oznacza tylko jedno - po nim to zwyczajnie spływa i będzie się swietnie bawił. Jak rozmawiać?? Co mozna w tym wypadku zrobić?? Brakuje mi juz sił. Ja nie chce wiele - tylko odrobine szacunku i odrobinę ciepła....
  2. kropka1981

    Styczen 2010

    Dzień dobry... Nie było mnie... ale postanowiłam zajżeć.u nas raczej róznie. Mały ciągle choruje, jak nie choruje to chodzi do przedszkola, ma bunt trzylatka, tata go rozpuscił jak dziadowski bicz i ubolewam nad tym, bo to rodzi tylko i wyłacznie problemy wychpowawcze (robi się dziecku wodę z mózgu) i takie tam.... pozdrawiam ciepło. Kropek
  3. kropka1981

    Styczen 2010

    A ja się długo nie odzywałam ale postanowiłam powrócić.... U nas nadal jak nie urok to...co innego. Mały rosnie, małymi kroczkami się rozwija - w sumie nie jest juz taki mały. Za to mam problem ze swoją drugą połową i jego mamusią - bo wynajdują non stop dolegliwosci u malucha których nie ma. Napierw że zaburzenia jedzenia. Nałaziłam sie po lekarzach i okazuje sie że Ignaś ma zwyczajnie blokadę psychiczną przed jedzeniem i to wszystko. Powinno minąć. Potem "mamusia" wymysliła, że Ignaś ma krzywe dziwne nóźki, potem, że coś z oczami a teraz że w wieku 2 lat nie mówi. Krew mnie zalewa.... A. chce iść z małym do logopedy. Za przeproszeniem chyba go pogięło. Osobiście uważam, że mały ma czas. I nie mozna go zmuszać do tego aby zaczął mówić. A. praktycznie cały czas wymusza na Ignasiu "powiedz mama powiedz tata powiedz daj". Przeciez to ma odwrotny skutek... Ale ja sobie mogę mówić.... Moje zdanie jest nie ważne, i nie istotne. Banda idiotów.
  4. kropka1981

    Styczen 2010

    aniutko :) Szczególnie ten ostatni post mnie rozbawił :))) U nas wszystko po staremu... I fakt nie ma o czym pisać... Nudzi mi się okropnie... Ignas rosnie... Nadal jest niejadkiem...
  5. kropka1981

    Styczen 2010

    Podczytuję Was ale..nie mam co pisać..Żyć się nie che...
  6. kropka1981

    Styczen 2010

    Madziu odpowiadam na Twoje pytanie - nie nie mamy jeszcze wybranego projektu. Na razie oglądamy, przegladamy, zastanawiamy się itd :)
  7. kropka1981

    Styczen 2010

    Czesc Dziewczyny... U nad w zasadzie bez zmian jeśli chodzi o Ignasia. Ignacy rośnie, mężnieje, poważnieje . Zęby nadal stoją w miejscy - znaczy widać, że "idą" ale dojść nie mogą ;). Nadal tylko jedynki. Powolutku szykujemy się na wakacje nad morzem... Zostały 3 tygodnie. A z nowości to w zasadzie...wiele. Podjęliśmy decyzję o budowie domu. Co z tego wyjdzie - to się okaże w praniu. Chcę wrócić jak najszybciej do pracy i do ludzi bo już powoli mi psychika wysiada.. Ignaś będzie z moją mamą, którą przeprowadzamy do nas jak tylko dostanę pracę. czyli generalnie totalna zawierucha Ot i tyle...
  8. kropka1981

    Styczen 2010

    Aniu ! Najszczersze gratulacje!
  9. kropka1981

    Styczen 2010

    No i oczywiście dołączam się do zyczeń ! Żyjcie Mamusie 100 lat !
  10. kropka1981

    Styczen 2010

    Na chwilę obecna wiem tylko tyle, że operacja wczoraj odbyła się bez zakłóceń, trwała 5 godzin. Cokolwiek więcej dowiemy się dopiero po 19-20stej.... Na razie czekamy...
  11. kropka1981

    Styczen 2010

    anna_:)kasiu to trzymamy kciuki i oby wszystko wróciło do normy, ja najbardziej się ciesze że wy jako rodzice widzicie poprawę :) to najważniejsze nie ma to jak oko i opinia matki.co do szczepień ja jestem ZA wiem o tzw. powikłaniach po szczepieniach ale mimo tego popieram. Uważam że największe szkody robią lekarze i pielęgniarki tak jak np u Fabianka źle podano zastrzyk. Ostatnio w PL glośno o buncie rodziców przed przymusowymi szczepieniami jak zawsze nagłaśnia się sprawę i DOBRZE ludzie muszą być świadomi wszystkiego! I wybór powinien należeć do ich samych ale ja osobiście jestem za szczepieniem dzieci (to tylko wyłącznie moje zdanie) mój dziadek został skierowany do szpitala z problemami wątroby i żołądka... jutro, pojutrze miał wyjść do domu. Dziś rano dostał kołatania serca i wylądował na intensywnej terapii... ma dziwne zachowanie, prawie nic nie mów, nie chodzi, duża utrata wagi w szybkim czasie, co chwile ma ochote na coś innego do zjedzenia i chce widziec u siebie całą rodzinę, płacze, rozkleja się. Sam nie wierzy że już z tamtąd wyjdzie o własnych siłach... babcie przygotowywują na najgorsze... Ja chcę jechac do PL ale jak zawsze ja to muszę mieć pod górką 8 czerwca Juli kończy się paszport i sama w PL nowego nie wyrobie a tu już nie zdążę. Nie wiem co robić a do ambasady w londynie nie moge się dodzwonić. To wszystko jakieś fatum czarne nademną przez całe życie wisi. Ja i Jarek nie jesteśmy małżeństwem a Julia ma jego nazwisko potrzebuje podpis jarka na zgodę o wydanie nowego paszportu. Zresztą jeszcze nie wiem jak to wszystko wygląda muszę się dodzwonić do ambasady. Aniu trzymam kciuki żeby wszystko poszło dobrze w każdym względzie i w każdym temacie... Dzisiaj chrzestny mojago Artura i jednocześnie jego wujek ma operację - ma przerzuty, w tej chwili już na mózgu. Generalnie od 6ciu lat walczy z rakiem... Ale teraz to juz chyba nie długo potrwa... Miał mieć operację 20 maja ale ze względu na to, ze uparł się jeszcze wydać córkę za maż 21go operacje przesunięto... Walczył do 21go - teraz dotrwał do tego czego chciał doczekać i przestało mu zależeć. Opadł z sił i chęci do życia. Przestał walczyć... Ech... Taki los...
  12. kropka1981

    Styczen 2010

    katarzyna3004Kropka z tego co czytam są to reakcje kilkugodzinne, Fabian w ciągu pierwszych godzin był badany z 5 razy a powiedziała nam to lekarka dopiero wczoraj po południu więc już się nie spodziewamy żadnych powikłań- oprócz tej nóżki- przynajmniej mam taką nadzieję. Generalnie powikłania mogą wystąpić nawet do 10 dni po fakcie ale również myślę, że Fabiankowi nic nie będzie :)
  13. kropka1981

    Styczen 2010

    katarzyna3004Madzia to nie ból nóżki. Badało go dziś 2óch lekarzy i my sami go po nóżkach dotykaliśmy i nic. Lekarze orzekli że zastrzyk został wykonany nieprawidłowo- igła wbiła się w kość i powstał naciek- chyba tak to się nazywa. Jeżeli Fabian do czwartku nie zacznie chodzić normalnie będzie miał prześwietlenie- dziś nie robili bo dostawał szału jak widział pielęgniarki, ale powiem szczerze widzę poprawę :) także jesteśmy już spokojniejsi- przynajmniej mamy pewność że to nie na stałe. Co do dawek, że zostały przekroczone- mamy się w ogóle tym nie przejmować bo to nie będzie mieć w ogóle wpływu. Dziś lekarze tłumaczyli nam że jeżeli jakieś dzieci przyjeżdżają z zagranicy i nie mają (medical record) to robią im wszystkie szczepienia nawet jeśli miały je robione w kraju i nie wpływa to w żaden sposób. Madzia a ty mówisz że nie szczepiła byś małego, my nie mamy właściwie wyjścia bo bez szczepień nie przyjmą go w ogóle do szkoły, ale ja i tak myślę że szczepienia są potrzebne. A ja nie do końca się zgodzę z tym co powiedzieli Ci lekarze, ponieważ istnieje coś takiego jak powikłania poszczepienne i nie biorą się one z księżyca. Więc ilość i wielkość dawki ma znaczenie. I nie piszę, żeby Ciebie Kasiu straszyć a ku przestrodze dla wszystkich. Sama mam wielkie obawy przed szczepieniem Ignasia... Faktem jest, że u nas w Polsce nie za bardzo można o tym głośno mówić. w 2002 roku weszło rozporządzenie ministra zdrowia w sprawie niepożądanych odczynów poszczepiennych. Jak ktoś ma ochotę to niech sobie poczyta Dz.U.2002.241.2097 - Niepożšdane odczyny poszczepienne. Wrzucam też link do jednego z ogromu artykułów na temat powikłań Szczepienia. Dobrodziejstwo, czy zło konieczne? .
  14. kropka1981

    Styczen 2010

    Zeberko - to najnormalniejsze na świecie. Moje Dziecko w ogóle nie mówi tylko pokazuje palcami i mówi o lub a. Cos tam pod nosem "sici", nie mowi mama nie mowi tata, pokazuje coś jak sam ma na to ochotę, udaje że nie słyszy jak sie do niego mówi i mozna by tak w nieskończoność. Nie masz się czym martwić. Każde dziecko ma swój tok rozwojowy.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...