Skocz do zawartości
Forum
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

bocianicha

Użytkownik
  • Zawartość

    0
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Reputacja

0 Neutralna

Personal Information

  • Płeć
    Kobieta
  • Miasto
    Katowice
  1. No masz - jak to jest, że ja, mól książkowy jak się patrzy, nigdy tu nie trafiłam? Uwielbiam literaturę i uważam, że bez niej świat, w którym się żyje byłby nieskończenie uboższy, niż kiedy się czyta. Ok, a teraz o moich ulubionych autorach, bo wymienianie książek mogłoby trwać w nieskończoność...:P 1. Italo Calvino 2. Tove Jansson 3. Dorota Terakowska 4. Terry Pratchett Ad. 1. Calvino to włoski pisarz, który pisze genialne bajki i opowiadania. Mistrz krótkiej formy, dzięki czemu nie trzeba poświęcać mu szczególnie dużo czasu, żeby wzbogacił życie ;) Ad. 2. Twórczość Tove Jansson jest także bajkowa, choć w innym stylu. W dodatku zadaje ważne pytania dziecięcego świata, trenując wrażliwość i umiejętność radzenia sobie z dziwnymi pytaniami. Ad. 3. Terakowska to moja ulubiona polska pisarka. Jej książki także są baśniowe, inteligentne i w dużej mierze o dorastaniu do wielu rzeczy, w tym i do macierzyństwa. Przyszłym matkom polecam "W krainie kota" - scena z marchewką: bezcenna. Ad. 4. Humor, fantasy i niesamowita energia. Sir Terry przede wszystkim mówi o naszej rzeczywistości, tylko przebiera ją w konwencję fantasy. Głębokie przemyślenia pokryte humorem sytuacyjnym i słownym - do tego genialne pióro, wartka akcja i narracja, w której się zakochałam!
  2. Aż boję się napisać - mój dom jest trochę szalony pod tym względem. Na szczęście żadne z nas nie ma alergii. Pod jednym dachem z nami mieszkają w sumie: dwie szynszyle, dwa myszoskoczki i sześć szczurów. Tak, tak - w sumie 10 zwierzątek. Dwie klatki o wymiarze mniej więcej 150x70x30 i jedna mała (myszoskoczki). Rodzeństwo moje i męża wysyła do nas swoje pociechy jak do zoo, pooglądać żywe zwierzęta ;) Chciałabym nie tylko pochwalić się menażerią, ale i zorientować, jak tam stosunek do szczurów? Czy zmienił się chociaż trochę od XIX wieku...? Obie moje szwagierki szczurów się boją, podobnie moja mama - natomiast nasi ojcowie uwielbiają te zwierzęta i uważają je za mądre i miłe. Dla mnie i męża szczury to najukochańsze miziaki, szczególnie w porównaniu z resztą zwierzyńca. Szynszyle są raczej obrażalskie i niedotykalskie (są też najstarsze, mają po 7 lat), należy je podziwiać z daleka, są przy tym strasznie niszczycielskie (kabla od lodówki im nie zapomnę... podobnie jak kabli od komputera, drogich słuchawek i Internetu...). Myszoskoczki są w zasadzie tak zajęte sobą nawzajem, że w ogóle nie zauważają ludzi (właściwie to jeden raz mnie zauważyły, jak pachniałam psem teściów - jeden z nich ugryzł mnie z wolą mordu w oczach i nie planował puścić). Natomiast szczury reagują na imiona, przychodzą, kiedy się je woła, dają się głaskać, wręcz same się o to dopraszają, a drapane delikatnie zaczynają lizać po rękach w odpowiedzi. Więc... co sądzicie o szczurkach? Czy stereotyp morderczego gryzonia, szkodnika i opinia o paskudnym ogonie uległy choć trochę zmianie?
  3. Grozą zdjął mnie pierwszy post w tym temacie. No bo jak to - tylko polskich autorów?! A co w ogóle to ma do rzeczy? Brrr... aż we mnie zawrzało, żeby zacząć czytać same zagraniczne :P A tak poważnie, to ja chyba najbardziej ufam Skandynawom, bo u nas na półce z bajami oprócz standardowych wydań baśni zebranych różnej maści królują Tove Jansson i Muminki wraz z Astrid Lindgren (szczególnie ulubiona "Ronja, córka zbójnika" i "Dzieci z ulicy Awanturników" - ciągle szukam tej książeczki o samej Lottcie, ale w empiku nie ma i jakoś nie wpadła mi w ręce dotąd). Oprócz tego absolutnie genialna jest książeczka Bajeczka na twoją modłę Raymonda Queneau - dziecko wpływa swoimi decyzjami na to, co robią bohaterowie książeczki. Ostatnio kupiliśmy - aczkolwiek bardziej dla siebie - trzytomowe wydanie "Baśni włoskich" Italo Calvino i przypadkiem okazało się, że niektóre są króciutkie i dowcipne i nadają się do głośnego czytania.
  4. Tylko pytanie, co z negatywnymi ocenami... Jeśli dobrze pamiętam, w moim przypadku prowadziły one do tego, że mama siedziała ze mną przy nauce tego, czego nie umiałam, żeby przygotować mnie do poprawy oceny. Jak dostałam 2 albo 3, to na następnej lekcji danego przedmiotu miałam się zgłosić jeszcze raz z tym samym materiałem. Demotywujące było, kiedy nauczyciele nie chcieli poprawiać ocen i pytać ponownie. To było nielogiczne, bo przecież najważniejsze jest to, żeby dziecko przyswoiło materiał, a nie to, żeby wystawić ocenę i mieć z głowy. Ale to temat na inną rozmowę, taką o jakości edukacji. Sama myślę, że też tak będę podchodziła do szkolnych spraw. Aha, dodam jeszcze, że moja mama jest nauczycielką - dlatego naprawdę potrafiła mnie dobrze przygotować do poprawy ocen.
  5. Z jednej strony bardzo trafiają do mnie argumenty es_ze, bo faktycznie wychowywanie jest tym, co możemy dać dziecku na start w ten świat, a świat właśnie tak jest skonstruowany, że wycenia się pracę i trzeba umieć się cenić, żeby nie dać się zapakować gdzieś za oślą wypłatę na resztę życia. Z drugiej przekonuje mnie Dziubala, bo wydaje mi się okropne, żeby dziecku pozwalać na zabawę w rekina finansowego. Przecież z rodzicami łączy nas zupełnie inna relacja niż z przyszłym szefem. Zdecydowanie nie chciałabym wprowadzić do relacji macierzyńskiej elementów "stosunku pracy". Stąd moim kompromisowym rozwiązaniem byłaby chyba taka forma niespodziewanej i niespodziankowej nagrody. Mnie tak mniej więcej wychowywano - kiedy otrzymywałam szczególnie dobrą ocenę (wszystko powyżej 3), to mogłam liczyć, że stanie się coś miłego: albo pójdziemy zjeść na mieście, albo mama zrobi z tej okazji placki ziemniaczane, albo dostanę drobniaki (zdarzało się, że np. dostałam wszystkie drobniaki z portfela - i było tego dość, żeby kupić sobie coś typu jeż na kredki [o matko, jeż na kredki... pamiętacie jeszcze jeża na kredki?! chyba każdy go miał!]). Czasem nagrodą było po prostu to, że wybieram miejsce, gdzie pojedziemy na rowerach. W ten sposób mama uczyła mnie, że praca się opłaci, jednocześnie nie ucząc mnie wyceniać wartości i wyliczać jej pieniężnie, ani nawet stopniować (do nagrody predysponowała czwórka, piątka i szóstka - chociaż z szóstki wszyscy cieszyli się po prostu najdłużej i byłam domowym bohaterem przez tydzień ;) ). Ogólnie myślę, że najwięcej zachęty dawało mi wtedy usłyszenie "dajesz sobie radę!" w przypadku 4, "no świetnie!" z okazji 5 i kompletny podziw przy 6... Dziecko pamięta emocje... no, przynajmniej ja.
  6. Kurcze, w ogóle nie zgadzam się ze wszystkimi, których świetnym sposobem radzenia sobie z problemem jest wydzielenie dziecku czasu na użytkowanie telefonu! To odzwyczaja dziecko od podstawowej definicji telefonu, umacniając w nim przekonanie, że telefon to zabawka, rozrywka, przyjemność, którą rodzic sankcjonuje. A przecież jak już ktoś kupuje telefon dziecku, to - mam nadzieję! - nie maluszkowi, żeby mu czymś łapki zapchać, tylko np. 9-latkowi, który sam wraca ze szkoły do domu, żeby mieć z nim kontakt. Telefon służy do komunikowania się z innymi - dziecko musi to wiedzieć. I dlatego skoro już kupujemy mu telefon, nie powinniśmy ograniczać jego użytkowania. Może przecież zadzwonić do kolegi, żeby się z nim umówić na wyjście na dwór. Może zadzwonić do babci, żeby powiedzieć, że mama tego, czy innego mu zabroniła i niech babcia coś z tym zrobi! - to jedna z najsłitaśniejszych znanych mi historyjek o dzieciakach - może wykorzystywać telefon zgodnie z przeznaczeniem. I najprostszą radą z możliwych wydaje mi się po prostu nie kupowanie dziecku smartfona/iphone'a. Do tego, do czego naprawdę służy telefon, wystarczy mu komórka bez internetu. A jeśli to kwestia mody, żeby mieć smartfona... no cóż, uważam, że nie należy takiej modzie ulegać. Podsumowując: moja "metoda" zmierza do tego, żeby oswoić dziecko z faktem, że telefon służy do dzwonienia i jako taki jest ważny. Z czasem, kiedy dorośnie, z pewnością sięgnie po nowocześniejszy sprzęt, będzie już jednak na tyle zżyty z podstawowym zastosowaniem, że Internet go nie pochłonie.
  7. Pierwotne zapytanie - jakbym czytała mojego męża...:P Największy lęk to o to, że nie będzie czasu na pasje [w tym lwią część stanowi granie na kompie]. A teraz... hm, granie jest, czas jest - choć nie cały czas - małżeństwo się nie rozpada, a miłość kwitnie wraz z pasją... Chociaż liczę, że jednak po prostu "dorósł" do tego, że są ważniejsze rzeczy i że rzeczywistość jest po prostu jakaś bardziej zajmująca.
  8. Zależy, gdzie chcesz działać. Jeżeli chodzi o sklep sprzedający głównie na portalach aukcyjnych, to warto przede wszystkim zająć się komentarzami. Jeżeli chodzi o samo działanie poprzez stronę, to oczywiście szalenie istotne będzie pozycjonowanie strony w wyszukiwarkach, no i po prostu dobra strona - przejrzysta, intuicyjna i funkcjonująca jak należy. Warto mieć różne możliwości zapłaty i dostawy, klient docenia wygodę. Niezależnie od formy działalności ważna jest rzetelność firmy, a więc dobry jakościowo towar i terminowa wysyłka. Można rozejrzeć się za partnerem-blogerem - przykładowo sklep sprzedający buty może nawiązać współpracę z blogiem modowym, dzięki czemu wpisy blogera będą uwzględniać markę. Nie tylko pomaga to w pozycjonowaniu strony, ale też oczywiście odsyła na nią zainteresowanych danym produktem. Jeśli miałabym się odnieść do tego, co powinna mieć strona skelpu, żeby mnie zainteresować to pewnie wybrałabym przejrzystość prezentacji towaru oraz dobrą wyszukiwarkę, dzięki której odnajdę to, co chcę kupić. Taka dobra wyszukiwarka miałaby wiele kategorii determinujących wyszukiwanie, np. dla sklepu z ubraniami: kolor, rodzaj, cenę, wzorzystość/brak wzoru i dodatkowo checkbox "promocja". W przypadku butów pewnie interesowałaby mnie dostępność rozmiarówki (noszę aż 42, więc często okazuje się, że nie mogę kupić wybranych butów, bo robią je w numeracji 36-40 :/), obcas/brak obcasa, kolor, materiał wykonania, cena i rodzaj. No i tak by się to mniej więcej przedstawiało... Mam nadzieję, że pomogłam :)
  9. Wow, romantyzm pierwsza klasa :) Byłoby wspaniale, gdyby takie związki mogły trwać wiecznie... Chociaż ja tam najbardziej na świecie kocham mojego męża, którego romantyzm objawia się raczej w tym, że umyje naczynia z uśmiechem, a potem mokrymi rękami przygarnie mnie do siebie, tuląc... Wtedy czuję, że mamy wspólną codzienność, że łączy nas wszystko i że możemy na sobie polegać. Oczywiście to różnica pomiędzy związkiem-od-lat i uwodzeniem kobiety ;) Życzę wszystkiego najlepszego!
  10. Przy okazji, marzen@ jeśli to Twoja zasługa, że usunięty został link do tego artykułu o gorsetach, to... ręce opadają. Dziołszko, ja nie reklamuję gorsetów ... toż to totalnie tak jak w tym dowcipie: Rzecz dzieje się w Australii. Znany przestępca wyszedł z więzienia. Oczywiście monitorowano go, bo a nuż coś kombinuje i wpadnie, wsypując przemytników. Zauważono, że lata z jednej farmy na inną po kilka razy w miesiącu. "Coś jest na rzeczy", myśli detektyw i pakuje się chyłkiem do malutkiej cessny podejrzanego. W trakcie lotu ujawnia się, a pilot z wrażenia traci kontrolę nad maszyną. Rozbijają się w środku pustkowia, ale obaj przeżyli. Siedzą zgnębieni obok maszyny. - Co panu odbiło, żeby tak mnie straszyć? - pyta rozgoryczony pilot. - Latałeś między tymi dwiema farmami, byliśmy pewni, że coś musisz szmuglować. Ale przeszukałem cały samolot i nic nie znalazłem. Jesteś pan kompletnie czysty. Tak mi przykro z powodu pana samolotu... Na to pilot śmieje się histerycznie: - Panie, ja samoloty szmuglowałem...! Link do tekstu o tym, co gorset robi z talią naprawdę był mi potrzebny wyłącznie do tego, żeby pokazać tamto zdjęcie z diastasis (spróbuję załączyć je tutaj). Także - pudło! I zniszczyłaś mi tę część posta, bo jak nigdzie nie odsyła, to nie wiadomo o co chodzi :/
  11. Ale z drugiej strony to samo ze stanikami - też teoretycznie rozleniwiają mięśnie. A przecież nie wyobrażam sobie życia bez stanika, tylko spać chodzę bez niego. Mam wrażenie, że nie taki diabeł straszny - zobaczymy z resztą, bo wylicytowałam na allegro gorset :) Jako, że nie odpowiedziała mi żadna osoba, która stosowała takie rozwiązanie, to chodzi mi po głowie, żeby wrzucać w tym temacie swoje spostrzeżenia, jak już zacznę nosić to-to. Jasne, że podstawą pięknej sylwetki jest ruch i dieta. Dlatego nie zamierzam z okazji zakupu gorsetu przestać normalnie się odżywiać, czy uprawiać jogi. Gorset ma mi pomóc wymodelować talię. Nigdy nie byłam przesadnie szczupła, jestem zdecydowanie większej kości, absolutnie nie filigranowa, wzrostu też mam 170 cm. Myślę, że gorset może mieć w sobie coś z zalotnej kobiecości dawniejszych czasów... no cóż, we'll see ;)
  12. Ja stawiałabym na Astrid Lindgren. Ostatnio zapoznałam się natomiast z genialną książeczką Ulricha Huba, "O ósmej na arce". Książeczka jest dowcipna i zahacza o bardzo ważne kwestie. Oprócz tego z pewnością polecam "Była sobie Ruda" - łobuziarską książeczkę rozwijającą osobowość. Ach, no i oczywiście absolutnym klasykiem na dobranoc jest "Bajeczka na twoją modłę", w której dziecko decyduje o losach bohaterów - cudeńko!
  13. Hejka, nie jestem pewna, w jakim dziale założyć ten wątek, więc czynię to tu. Właśnie odpisałam w jednym z tematów w dziale dietetyka dotyczącym odchudzania i tak sobie pomyślałam o tych gorsetach... W necie można przeczytać (szczególnie na stronach producentów gorsetów), że taki gorset do świetny pomysł na powrót brzucha do normy sprzed porodu, np. tu: [reklamę usunięto] Chciałabym się dowiedzieć, czy ktoś ma osobiste doświadczenia w tej kwestii, jako, że mnie gorsety kojarzą się raczej z czymś niezbyt zdrowym, co feministki z odrazą zrzucały i paliły na stosach, jako symbol zniewolenia i tego, co niszczy kobiece ciało... Z drugiej strony podobny los zgotowały te same feministki stanikom... Rozważam poważnie zakup gorsetu w celu modelowania talii - nie chciałabym jednak paść ofiarą niezdrowej mody i dorobić się jakiegoś przemieszczenia narządów (zdarzyło mi się coś na ten temat przeczytać - że jakoby właśnie gorsety powodowały coś takiego) :/ Inna sprawa, że gorsety chyba kiedyś sznurowano kompletnie bez opamiętania, co przy dzisiejszych gorsetach nie wydaje się możliwe.
  14. bocianicha

    Odchudzanie

    Kurcze, dla mnie największy błąd to jednak zawsze brak ruchu. No bo dieta... jak człowiek nie ma własnej przestrzeni agrarnej, która pozwalałaby mu na wolną od zanieczyszczeń uprawę tego, co zamierza zjeść, to choćby nie wiem co przyswaja takie ilości różnej maści badziewia, że nigdy nie będzie to zdrowe. Natomiast ruch pozwala nam przyspieszyć proces pozbywania się tych wszystkich niefajnych rzeczy z organizmu. Dzięki temu się one nie odkładają i nie powodują kolejnych negatywnych skutków. A jeden z najbardziej rzucających się w oczy skutków to właśnie tycie... Oczywiście stan skóry, paznokci i włosów też jest sygnałem, jednak kiedy mamy "oponkę", to ten problem wydaje się nam ważniejszy. Umówmy się - sylwetkę widać z daleka... Nie jestem typem tyczki, sama ważę ok. 70 kg, a więc sporo, jednak ruch sprawia, że waga nie lokuje się w postaci tłuściutkiej oponki na brzuchu, tylko rozkłada równo. A jedzenie w dużej mierze traktuję jak przyjemność. Nie nagrodę (widzieliście tą kampanię o "Dużym"? - zastanawiająca...), ale też nie jak zakazany owoc, który kusi, a potem ma się do siebie żal. Ma być smacznie i pięknie - wtedy jest przyjemnie. Wszystko jest dla ludzi, byle z harmonią i umiarem. Autorka pierwszego wpisu w kwestii diety właściwie represjonowała siebie. Jak więzień, któremu się wydziela racje żywnościowe... brrr... nigdy w życiu. Nie wolno sobie czegoś takiego robić! To negatywnie nastawia i człowiek często czuje obrzydzenie do siebie, że jest jeszcze głodny a nie powinien. Naprawdę, nie róbcie sobie tego!
  15. bocianicha

    Co dziś robicie na obiad?

    lea80 - mniam! proste, z gustem, smaczne, dawno nierobione... namówiłaś mnie U nas dorszyk na parze i fasolka szparagowa - taka nasza wersja angielskiego klasyka fish & chips :P
×
×
  • Dodaj nową pozycję...