Kciuk, moi drodzy, jak się okazuje, nie jest tylko znakiem "jest ok", nie jest też tylko jednym z 5 palców naszych rąk, nie jest też tym najmniejszym i najgrubszym palcem, on staje się też - przedmiotem ssania, cały czas, ciągle, bez opamiętania, mimo płaczy, zgrzytania zębów, mimo proszenia, błagania, wyciągania delikwenta z paszczy nieboraka, niestety... każdy rodzic niechybnie polegnie, chyba, że...? Dzień 1
11:00. Pukanie do drzwi. Dziewuszka niespokojnie patrzy w ich stronę. Najpierw biegnie do przodu, potem asekuracyjnie trzyma się mojej nogi. Otwieram. Listonosz. Mała paczuszka. Otwieram. Są. Tęczowe rękawiczki Kizzo. Ha! - myślę, może wreszcie Cię mam, kciuku! Oglądam, czytam z uwagą wszelkie informacje, oczywiście same superlatywy: zapięcia wykonane w Polsce, z naszych materiałów (nareszcie sto procent polskości), sto procent naturalne, bawełna, bez chemii, jakiś gorzkich syfów, z rączek nie spadają, dopasowane do rozmiarów raczki dziecka, niezawodne, no po prostu świetne... zobaczymy, myślę sobie i przymierzam, na wszelki wypadek, żeby sprawdzić czy pasują, może nieco maławe, ale nic nie ciągnie, nie ciśnie, wyglądają ładniutko na tej dziewczęcej rączynie - ja oglądam z ciekawością, Dziewuszka oczy wybałusza, pokazuje mi, pod nos podkłada, pytając "co to? co to?", ale zaraz jakoś tak nie bardzo, ściągać chce, już przy zatrzasku kombinuje, już za palucha zębami ciągnie. Myślę sobie - ok, zaczekamy do jutra. Dzień 2
Raz kozie śmierć - zakładamy. Trochę walki, nieco "przepychanek", założone, wyzapinane. Idę sobie. Będę obserwować. Dziewuszka znowu wielce zdziwiona dotyka. Raz jednej raz drugiej. Na początku nie próbuje wsadzić do buzi, nawet przynosi klocki do zabawy, książeczkę chce oglądać, rękawiczka trochę przeszkadza, bo kiedy chce użyć kciuka kartki nieco się wyślizgują, ale radzi sobie szybko z problemem. Podczas zabawy sprawdzają się świetnie. Nic nie wypada z rąk, cztery palce swobodne, "gołe", ręka nie jest spocona. Czasem tylko zachowuje się jakby coś swędziało, jakaś próba zsunięcia ich, ale po chwili rezygnacja i znowu zabawa, jakby rękawiczki nie istniały. Jest dobrze - myślę i czekam dalej.
Jakiś czas później nadchodzi długo oczekiwany moment. Kciuk ląduje w buzi. Wielkie niezadowolenie, płacz, zdzieranie rękawiczki. Dziewuszka nie wie o co chodzi, próbuje oswobodzić kciuka za pomocą zębów, miota ręką na prawo i lewo. Nie mogę ulec, bo będzie amen i koniec, i kropka. Udaję, że nie widzę zmagań i modlę się w duchu, żeby szybko przeszło. Wymyślam zabawę. Uspokaja się. Jest cicho. Rękawiczki znowu nie istnieją. Co jakiś czas zdaje się próbować ssać kciuka, ale jak tylko język napotyka na bawełnę jakby samoczynnie wyciąga go i bawi się nadal. Szał - mówię sama do siebie... Noc
Najbardziej bezbolesny moment. Największa niespodzianka. Chwilka dla smoczka. Smoczek wypluty. Próba kciuka. Kciuk powraca spokojnie na poduszkę. Nie do buzi. Nie wierzę. Dzień 3
Piorę w rękach rękawiczki. Płuczę mocno, bardzo mocno, bo przecież jednak jak wylądują w buzi, szybciutko schną. Kolor nie wyblakł nagle w nadzwyczajnych okolicznościach. Nadal jest w wersji rainbow, więc zakładam. Znowu krótki opór, ale już nie tak wielki. Nawet jakiś uśmiech, no bo ładne te paseczki, jest czerwony i różowy i trochę błękitnego nieba:) Kciuk ląduje w buzi kilkakrotnie, ale od razu jest wyciągany i właściwie bez większego problemu wraca Dziewuszka do zabawy. Rękawiczki się nie rozpinają ot, tak sobie. Nie zsuwają, nie dyndają - no nie przeszkadzają, tu - chwała producentom i pomysłodawcom. Dzień 4
Kciuk coraz rzadziej w buzi. W nocy nic się nie dzieje, na tyle na ile mogę to monitorować. Rękawiczki są w użyciu nadal. Będziemy je stosować do czasu aż nawyk wkładania kciuka do buzi zupełnie nie ustanie, ale wszystko wskazuje na to, że Kizzo pomaga. Jestem realistką - nawet jeśli wyeliminuje nawyku zupełnie, to na pewno w gigantycznej mierze się do niego przyczyni. Nie wiem jak sprawdziłyby się u dzieci powyżej 2 roku życia, jednak bardziej sprawnych manualnie, ale dla 18miesięcznego jak widać - rewelacja. Są naprawdę ładne. Bawełna jest przyjemna i nie odrzuca na wejściu. Ewidentnie pomaga trzymać kciuka tam, gdzie jego miejsce. Na pewno nie traktujemy dziecka jakimś gorzkim syfem, co zdaje się być terapią szokową - tutaj trzymanie go z daleka od buźki zdaje się być bardziej naturalną swobodą, nie radykalną. Cena - niska, jak na konsekwencje zaniedbania tego nawyku, albo utrzymywania się go zbyt długo. Wytrzymałość, narazie bez zarzutu, chociaż nieco martwią mnie niteczki wokół zapięć. Co tam będę gderać. Jestem na tak.