Szpitale

Simin - porodówka w Chorzowie

Odpowiedzi znajdują się poniżej

~sonia009

~sonia009

Witam

Ja do porodu mam 6 tyg. i choć jestem dopiero po szkole rodzenia simin w Chorzowie to jestem spokojna o mój poród bo poznałam ludzi, którzy będą się mną oraz dzieckiem opiekować podczas pobytu w szpitalu. Na chwilę obecną mają zatrudnionych pięciu anestezjologów, zawsze ktoś jest i nie ma problemu ze znieczuleniem.
Z całego serca polecam, również się dowiedziałam, że podobno na wiosnę mają się przenosić do szpitala na karola miarki w chorzowie, lecz to wiadomo jak z tym jest może się troooochę opóźnić , a co do warunków to nie są najgorsze ale tu chodzi raczej o świetną opiekę :)

~Arsenka

~Arsenka

Byłam dziś w SIMIN na dniach otwartych i jestem pod wrażeniem :) jestem zdecydowana tam rodzić .. naprawdę podejście personelu do pacjenta jest świetne... Mają też bezpłatną szkołę rodzenia w innych szpitalach nie uświadczy się tego. Ma się wrażenie że pacjentka traktowana jest tam indywidualnie a nie jak kolejna ciężarna, która ma urodzić bez marudzenia i jak najszybciej opuścić placówkę.

~Gość Emilia

~Gość Emilia

Witam, wszystkie piszecie o złych warunkach w Siminie. Ja się z tym nie zgadzam. Bo jeśli mówimy o samym budynku jako mórach to ok ale cała reszta jest bez zarzutów. Na salach nowiutkie wyposarzenie czyli łóżka ( bardzo wygodne ), szafki i nawet stołki. Sala porodowa również, oddział noworodkowy i wszystko co potrzebne dla rodzącej i po porodzie z najwyższej półki jeśli chodzi o jakość i wygodę.

~Arsenka

~Arsenka

Zgadzam się że wyposażenie jest bardzo komfortowe ... budynek i wysokie ściany faktycznie nie sprawiają wrażenia przytulności ..ale dla mnie najważniejszy jest personel ;) jedyny minus to słyszałam że łazienka jest jedna na dwie sale na korytarzu... ogromna różnica jest jak jednak łazienka jest na sali.. zwłaszcza jak się ma chodzić bez majtek :/ no ale to mnie nie odstraszy od SIMIN i nie to jest najważniejsze .. po za tym warunki estetyczne pewnie się poprawią jak się przeniosą w inne miejsce.

~BasiaP79

~BasiaP79

Witam, rodziłam w Siminie 3 dni temu:)
Rzeczywiście łazienka jest jedna na dwie sale, ale wchodzi się do niej z sali, więc to nie jest problem.
Serdecznie polecam ten szpital, cudowny personel, wszyscy mili i kompetentni, cierpliwi i nawet jedzenie smacznei dość dużo:)

Przede wszystkim wspaniała położna, wspaniała lekarka, dzieciątkiem też się dobrze zajęli.

To był mój trzeci poród, ale pierwszy, który wspominam bez traumy, jako coś pięknego. Polecam

~Kasiul

~Kasiul

Witam. W zeszłym roku miałam tam planowane cc. Co mnie urzekło? Kompetentni i zaangażowani w swoją prace lekarze i obecni w tym czasie stażyści. Empatyczne położne i pielęgniarki. Bardzo dbający o małe istoty zespół neonatologiczny. Czułam sie tam wraz z dzieckiem naprawdę dobrze "zaopiekowana". Gorąco polecam. Pacjentka z Dąbrowy Górniczej

~Eleanor

~Eleanor

Ja niestety nie mogę zgodzić się z pozytywnymi opiniami. Postaram się opisać w miarę krótko moje doświadczenia, chociaż nie wiem czy dam radę. Do szpitala zgłosiłam się 5 dni po terminie około godziny 15 z regularnymi i coraz częstszymi skurczami, które zaczęły się o 7 rano. Położna po zapisie ktg stwierdziła, że to skurcze przepowiadające mam wrócić do domu i wziąć nospe. Lekarz jednak postanowił zostawić mnie na obserwacji. I tak sobie leżałam i ciepiałam.....Koło 22 odeszły mi wody zgłosiłam to pielęgniarce, na co ona stwierdziła, że to nie wody bo nie jest zalane prześcieradło,tylko upławy a mnie się po prostu wydaje. Lekarz jednak potwierdził pęknięcie pęcherza płodowego. Koło godz 23 wylądowałam na porodówce. Anestezjolog próbował założyć zzo jakieś 4 razy po powrocie męża na sale padło stwierdzeniem " Chyba się udało". Ja jednak uważam nieco inaczej pierwsze 2 dawki leku w żaden sposób nie zadziałały. Dostałam kolejną uśmierzyły ból chociaż trochę na godzinę, później podpięli oksytocynę to był koszmar.....Poród nie postępował, dziecko nie chciało zejść do kanału rodnego.Lekarz prowadzący poród wezwał posiłki bo chyba sam już nie miał pomysłu. Zwlekali z cesarką zaczęło sie przepychanie małej z boku brzucha. Urodziłam w końcu po 16 godzinach. Dziecko poleżało na mnie może z 10 minut, pózniej trafiło do taty na kangurowanie. Może tylko dzięki temu żyje. Mąż prosił po kilku minutach o zbadanie dziecka bo dziwnie oddycha. Okazało się że mała ma bardzo słabą saturację. Powędrowała do inkubatora. Urodziła się z MAS zespołem aspiracji smółki, obustronnym zapaleniem płuc. Po 10 dniach wypisano nas do domu. Chociaż mnie wysyłali już od drugiego dnia po porodzie, bo zajmowałam potrzebne łóżko, na co się nie zgodziłam. Położna opryskliwa z chamskimi odzywkami, miała inne plany na tę noc, ja je niestety pokrzyżowałam. Zastępca ordynatora to bezczelny .....długo by wymieniać. Fakt większość personelu jest uprzejma ja niestety miałam pecha. Żadnej pomocy laktacyjnej również nie otrzymałam. To mama pomogła mi przy pierwszych karmieniach. Nie oczekiwałam specjalnego traktowania tylko odrobinę ludzkiej pomocy i życzliwości. Cały czas zastanawiam się nad pozwaniem szpitala o rażące uchybienia, które miały miejsce od samego początku do samego końca. Nikt nie jest w stanie powiedzieć mi jakie skutki neurologiczne dotkną moje obecnie względnie zdrowe dziecko......
Niestety nie udało się krótko. To i tak telegraficzny skrót.
Nie chciałam nikogo wystraszyć tylko uświadomić, że niestety nie jest tam tak kolorowo.
Pozdrawiam

~BasiaP79

~BasiaP79

Potwierdzę, że i moje doświadczenie jest takie, że nie ma co za wcześnie jechać do szpiatala. Przy drugim dziecku też mnie zapewniali, że to skurcze przepowiadające, że zobaczymy się za dwa tygodnie, a ja jednak urodziłam po tych skurczach, choć większość porodu spędziłam sama w sali dla ciężarnych, nie rodzących (to było w innym szpitalu). A w siminie też stwierdzili, że przybyłam za wcześnie (choć skurcze regularne od ponad doby miałam).
Jest tam rzeczywiście przepełnienie, stąd być moze chęć "pozbycia się" mamy, aby zwolnić łózko, brawo dla Ciebie, że się nie dałaś wygonić, tylko zostałaś z dzieckiem.

Niestety z reguły lekarze, położne, postępują według schematów: podają oksytocynę, bo zbyt słabe skurcze według nich (a ja tam uważam, że wolę dłużej poczekać na rozwarcie, z bardziej znośnymi skurczami niż szybko, ale koszmarnie), czekają ze znieczuleniem, aby nie zahamować porodu ( a wiem z własnego doświadczenia, że u niektórych np u mnie, znieczulenie przyspiesza poród(!, pozwala się zrelaksować, odstresować).

Całą ciążę modliłam się o dobry poród, dobrą położną i dobrych lekarzy- u mnie poskutkowało:)

Tego życzę wszystkim mamom:)

~megan33

~megan33

Ja niestety nie polecam. Miałam w SIMINie CC poł roku temu. Warunki sanitarne poniżej wszelkiej krytyki, jedna łazienka na pokoje to jakieś nieporozumienie. Ordynator i jego zastępca to po prostu brak słów. Reszta personelu różnie, część bardzo miła i pomocna a część obrażona na cały świat. Anestezjolog który mnie znieczulał też porażka. Generalnie nie polecam.

~rodziłam w simin

~rodziłam w simin

Rodziłam w SIMIN w maju 2014. Niestety moja opinia nie jest pozytywna. Największe zarzuty to chaos w prowadzeniu porodu i brak empatii. Ale po kolei...

Do szpitala zgłosiłam się po odejściu wód, przyjęła mnie sympatyczna młoda lekarka, p. Marta, zrobiła usg, prawidłowo oszacowała wagę dziecka itd. Przeszłam na salę porodową, podłączyli mnie pod ktg i było całkiem fajnie. Trafiłam na czołową położną szpitala, można powiedzieć, że "twarz", więc się ucieszyłam. Niestety po jakimś czasie przyjechała kobitka z 9cm rozwarcia, druga sala też była zajęta, więc ordynator zarządził, jako że miałam mniejszy postęp porodu, że mam ustąpić jej miejsca. Spakowałam się i wyszłam na korytarz, miałam mieć założone na ten czas e-ktg, którym szpital tak się chwali, ale położna zapomniała [chaos], ja też. Poród tamten zakończył się szybko i wróciłam na salę. W międzyczasie zaczęłam czuć pierwsze bóle i przestało być całkiem fajnie. Na nowo podpięto mnie pod ktg, ale tym razem źle, bo praktycznie przestało pokazywać jakiekolwiek skurcze, mimo że ja właśnie zaczęłam je czuć. Dodam, że jak już doszło do partych to ktg pokazywało nadal jakieś 40-60, więc kompletne bzdury i po prostu je odłączono jako niemiarodajne. Ale po kolei. Na podstawie marnych wskazań ktg ordynator zarządził oksytocynę. Wtedy zaczęło strasznie boleć, tak że musiałam krzyczeć. Było to ok. godziny 10-11. Zzo nie dostałam ze względy na słaby postęp rozwarcia. I tak sobie w zasadzie leżałam godzinami i wrzeszczałam, myślałam, że umrę i ani razu położna nie podeszła pocieszyć, czy pozytywnie zmobilizować. W tym czasie m.in. siedziała na fejsie albo wyszła gdzieś i wróciła z triumfalnym okrzykiem "naprawiłam zegar!". Około 13 urodziła dziewczyna z sąsiedniej sali, a ja się poryczałam, bo ból był nie do zniesienia, a postęp prawie żaden, w dodatku ktg pokazywało 18-30, więc totalna załamka. Gazu rozweselającego nie dostałam, bo akurat nie było. Na szczęście wtedy pojawił się postęp i padła decyzja o podaniu zzo. Ponieważ jednak byłam wymęczona już ponad 3-godzinnym rozdzierającym bólem i wrzaskiem, ledwo byłam w stanie utrzymać pion, więc dostałam od położnej i anestezjologa opierdol, że jak się nie uspokoję, to nie dostanę znieczulenia. Uff, udało się. Była to godzina ulgi, bo tyle trwał efekt i chociaż zadziałało tylko na jedną stronę, to jakoś udało mi się wyjść z tej maligny na chwilę i nawet byłam w stanie się ruszyć, żeby poskakać na piłce, bo wcześniej nie miałam po prostu siły z bólu. Po jakimś czasie znieczulenie przestało działać. Zaczęłam się drzeć, ale położna była przykuta do fejsa, więc musiałam jej specjalnie zwrócić uwagę, że mnie boli. Na to zapytała mnie "a kiedy była poprzednia dawka?". No kurde, człowiek w amoku nie czuje czasu, nie patrzy na zegarek. W każdym razie zzo podali, ale nie podziałało już wcale :( Więc wiłam się kolejne godziny w bólu, a położna ani razu nie powiedziała mi dobrego, ciepłego słowa. Ze dwa razy pocieszyła mnie neonatolog, to miałam ochotę po nogach ją całować, gdyby nie to, że z bólu nie mogłam się ruszyć. Urodziłam w końcu po 19tej, moje ciało było już tak obolałe, że chociaż zaproponowała mi rodzenie na czworaka, to ja nie byłam po prostu w stanie się ruszyć, więc rodziłam "klasycznie". W międzyczasie jeszcze mi powiedziała "my też już jesteśmy zmęczeni", "też chcielibyśmy już skończyć ten dzień" i parę innych, aż wpędziła mnie w takie poczucie winy, że jak urodziłam, to jeszcze ją przepraszałam, że tak długo... Cud, że to przeżyłam, najważniejszy cud, że dziecko urodziło się w 100% zdrowe, ale już nigdy, przenigdy, nie odważę się na poród sn.

Nacięcie zostało źle zszyte, chociaż o to nie mam dużych pretensji, bo odniosłam wrażenie, że lekarka się starała. Fakt faktem na bliźnie zrobił się polip i jeszcze 4 miesiące po porodzie krwawiłam z niej.

Nieprawda, że po porodzie dostaje się dziecko skóra do skóry na 2h. Dostałam dziecko na chwilę, trudno powiedzieć mi ile, 5 minut, może 15?, bo nie miałam poczucia czasu. W każdym razie potem je zabrano, mierzono, ważono przez co najmniej godzinę i dopiero po tym dostałam je już bez ograniczeń.

Trafiłam na okres przepełnienia szpitala i dostałam niskie łóżko, takie z którego nie da się sięgnąć po dziecko do tej "mydelniczki", a ja miałam zakaz pionizacji, więc na pierwszą noc musiałam oddać je na noworodki.

Na plus pielęgniarki z noworodków każdorazowo pytały o zgodę na podanie mm lub smoczka.

Na plus położna środowiskowa, nienachalna, bardzo sympatyczna, pomocna, kociara.

Na plus szkoła rodzenia, z której dowiedziałam się sporo, szczególnie o kp, więc nie miałam z tym żadnego problemu. Jednak dostępny na www plan zajęć nie był ściśle przestrzegany, parę tematów nie zostało poruszonych, więc tu małe rozczarowanie. Ale ogólnie fajnie. Acha, tylko sprawdzajcie daty ważności próbek, które tam rozdają, bo sporo było przeterminowanych. To dość niefajnie przy takim wrażliwym temacie.

Dla sprawiedliwości dodam, że leżałam na sali z dziewczyną, która urodziła bardzo szybko i była bardzo zadowolona.

Z drugiej strony inna dziewczyna, z którą leżałam na sali, dostała w dniu wypisu bardzo silnych bólów brzucha. Już byłam po lekarza, ale zanim przyszedł, to nawinęła się jakaś położna czy pielęgniarka, która jak ją zobaczyła, to opierdoliła od góry do dołu "to gdzie się wybierasz, skoro cię tak boli?!". No, tylko ona się właśnie przestała gdziekolwiek wybierać, jak ją zaczęło boleć, zresztą nawet ruszyć się nie mogła.

Proszę nie zadawać dodatkowych pytań, nie chcę wracać do tego.